Dzisiejszy wpis będzie o tym, jak zapakowaliśmy tyłki do auta i ruszyliśmy do Belgii, a dokładniej- Walencji. Nie obyło się bez kilku przygód, ale chociaż było jeszcze ciekawiej. Na szczęście nie działo się nic złego.
Już dużo wcześniej szukałam domku do wynajęcia gdzieś w lesie, gdzie słychać by było tylko ptaki. Znalazłam fajną ofertę, bo i cena dobra i domek wyglądał ful wypas. Wybrałam więc termin i dokonałam opłaty. Dostałam maila zwrotnego i pozostało tylko czekać na urlop. W dzień wyjazdu spakowaliśmy to, co trzeba (dużo nie, bo to 3 noce) i wyruszyliśmy. Ja prowadziłam do Belgii, a mąż miał z powrotem. Zameldowanie mieliśmy od 16:00. Przy Antwerpii zwaliły nas z nóg korki. Do tego źle spojrzałam na nawigację i pojechała w pizdu. Byłam w Antwerpii zamiast obok. Wyjechanie graniczyło z cudem. Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Ale wreszcie się udało. Już miałam dość a tu jeszcze 3 godziny jazdy.

Poza tym, chyba fotoradar walnął mi zdjęcie. Nie jechałam szybko, mimo że na belgijskiej autostradzie można 120km/h. Tzn jechałam jakieś 110. I trzeba było się też czasem zatrzymać. Zadzwoniła do mnie też w międzyczasie babka z recepcji domków i pytała kiedy będziemy. Mąż próbował mówić po angielsku. Dogadali się tak, że mam sprawdzić maila. Na postoju to zrobiłam i było napisane po holendersku, że jeśli dotrzemy, gdy recepcja będzie zamknięta, to mam podejść do specjalnej skrzynki na prawo od drzwi recepcji, wbić kod 1111 i otworzyć. Tam będzie torebka z papierami i kluczem. Ok, instrukcje na szczęście jasne, bo wiedziałam już, że dotrzemy później niż zamierzaliśmy.

I dotarliśmy, gdy było już ciemno. Jechaliśmy krętą szosą pośród lasów, raz w dół, raz w górę. Jak to w Ardenach. Na poboczach stały sarenki i tylko w myślach powtarzałam: nie wyskakuj mi przed maskę. Musiałam jeszcze przebrnąć przez mini miasteczko z dziwnymi, wąskimi uliczkami (momentami nie wiedziałam, jak jechać) i wreszcie wjechałam przez „bramę” ośrodka domowkowego. Wyjęłam swoją foliówkę z gadżetami. Była tam umowa, mapa Walonii, książeczki z atrakcjami do zwiedzania i klucz. Teraz trzeba było znaleźć nasz domek. Było ciemno i tylko przed każdym z nich stała pojedyńcza lampa. Jeździłam tymi dróżkami, sprawdzaliśmy każdy nr domku i nie było naszego numeru. Jak to możliwe?! Recepcja zamknięta. Byliśmy już zmęczeni i mieliśmy powoli dość. Czułam się, jak w jakimś horrorze albo thrillerze: jeśli zaraz nie znajdziemy wyjścia, to coś nas zabije. No nic, będziemy spać w aucie a rano pójdziemy do recepcji wyjaśnić. I nagle mnie olśniło: ominęliśmy jedną uliczkę i to zaraz obok recepcji! Wjechałam tam i jest nasz domek!

Nasz był połączony z innym. Niektóre były pojedyńcze, Niektóre podwójne, ale w każdym ten sam standard i stół z grillem przed. Wnieśliśmy swoje rzeczy, prysznic i spać. Rano obudziłam się wcześniej, bo parę minut po 7:00. Sprawdziłam najbliższy sklep, bo chciałam zjeść dobre śniadanie na łonie natury, a pogoda sprzyjała. Zapowiadało się 26 stopni. Wsiadłam w auto i pojechałam tymi krętymi ulicami do najbliższego miasteczka. To było to samo, po którym jeździłam zanim dotarłam do ośrodka. Mąż jeszcze spał, więc próbowałam dotrzeć do marketu sama. Znowu jeździłam w kółko, bo tym razem nawigacja glupiała. Wbiłam ponownie adres sklepu. Był w kolejnym miasteczku 10 minut jazdy dalej! Pojechałam. Musialam tam wreszcie dotrzeć. Musi tam ten sklep być. Ludzie muszą gdzieś zakupy robić. I faktycznie, udało się. Market Okay, malutko ludzi, czysto, towaru dużo. Wielkość takiej polskiej Biedronki. Zrobiłam zakupy i wróciłam z powrotem.
A teraz o tym, jak wyglądał w środku domek. Drzwi były dwuskrzydłowe, co dawało dużo światła.

Po wejściu, na prawo znajdowała się kuchnia. Nowoczesne mebelki, płyta indukcyjna, zlew plus zmywarka, oczywiście lodówka, czajnik elektryczny, ekspres do kawy i liczne szafki z licznym wyposażeniem. Można było śmiało obiad gotować. Stół na 6 osób. Na blacie znalazłam pudełko, w którym był worek na śmieci, dwie tabletki do zmywarki, rolka papieru toaletowego i ściereczki do przetarcia np blatu.

Na przeciwko- kącik wypoczynkowy z tv i kominkiem. W tv standardowo wszystko po francusku. Raz włączyłam i potem już nie potrzebowałam. Domek jest całoroczny. W sypialni jest grzejnik włączany do prądu, w saloniku kominek a przy drzwiach łazienki klimatyzacja.

Łazienka czysta, z dużą umywalką i prysznicem. Wszystko w nowoczesnym wydaniu. Co nas rozśmieszyło, to kibelek. Przyzwyczajeni jesteśmy do wysoko postawionych desek. Holendrzy to przecież wysoki naród. Ledwo kucasz i już siedzisz. A tutaj po prostu na te deski spadliśmy tyłkami 😆

Pierwsza sypialnia z podwójnym łóżkiem, szafką z wieszakami i drugą z półkami. Okno z zasłonami, zresztą jak wszystkie. Oświetlenie było główne (strasznie jasne, jak dla mnie) i punktowe pod półką nad głową. Na półce stał router z wi-fi. Pościel zamówiłam dodatkowo. Ręczniki mieliśmy swoje.

Druga sypialnia też z podwójnym łóżkiem, ale trochę mniejsza. Na łóżko wchodzi się schodkami. Mąż początkowo tu chciał spać, bo schodki. Ja nie, bo dla mnie za ciasno. Poza tym, mogłabym zapomnieć o schodkach w nocy idąc do toalety i jeb. Domek był od 2 do 4 osób. Były też dla większej ilości osób. Nie było opłat od osoby.

Śniadanie i kawa w takim miejscu, to było coś innego. Wokół cisza, spokój, lasy i mnóstwo ptaków, które wokoło miały karmniki i budki. Zobaczyłam np dawno niewidzianą sójkę. Przy śniadaniu przeglądałam ulotki i książeczki reklamujące atrakcje turystyczne nie tylko okolic ale i całej Walonii. Była tam też kartka z ośrodkiem i rozmieszczeniem wszystkich domków. I nasz numer zaznaczono dla nas oczojebnym różowym markerem, żebyśmy mogli bez problemów trafić. Fuck! Tyle błądzenia i minut w dupę. Ale widać, co robi zmęczenie z człowiekiem. Ważne, że jakoś trafiliśmy. Teraz się z tego śmiejemy.
Następny wpis będzie o wspomnianym wyżej supermarkecie, cenach i co kupiliśmy.

Do następnego 🙂
