ZAANSE SCHANS

To miejsce chciałam odwiedzić już w zeszłym roku, ale jak zwykle wypadało coś innego do zobaczenia. Wreszcie postanowiliśmy tam pojechać. Po drodze zobaczyliśmy Zandaam i słynny hotel Inntel. Teraz czas na wpis o słynnym skansenie i czy faktycznie jest tam tak ładnie, jak to opisują w internetach.

Do powstania tego skansenu przyczynił się architekt Jaap Schipper, który wymyślił jego plan w 1946 roku. Materiały na budowę były dowożone drogą wodną i lądową od 1961 roku. Rewolucja przemysłowa w regionie Zaan rozpoczęła się w XIX wieku. Dzisiaj można zobaczyć, jak wyglądała i żyła pracująca wówczas społeczność: farny, drewniane domy, młyny, ścieżki i pola. Jest to najstarszy obszar przemysłowy w Europie Zachodniej. Pracowało tu kiedyś jednocześnie około 600 turbin wiatrowych. Dzięki kreatywnym przedsiębiorcom, z fabryk wyjechało wiele produktów. Był to tzw holenderski „Złoty Wiek”.

Przyczyniło się głównie do tego wynalezienie wału korbowego przez Cornelisa Cornliszoona van Uitgeesta w 1594 roku. Umożliwiło to mlynom m.in produkowanie większej ilości drewna na skalę przemysłową. Region Zaan stał się też centrum przemysłu stoczniowego. Aż 26 stoczni zwodowało od 100 do 150 statków rocznie. Odgrywał też ważną rolę w połowie wielorybów. Wkrótce powstawały kolejne młyny, w których np mielono przyprawy, produkowano olej spożywczy, papier, farby, włókna czy mąkę.

Oprócz młynów, budowano też piękne domy zamożnych właścicieli. Mają one piękne elewacje i znajdują się na grobli wzdłuż rzeki Zaan. Obok domów, często znajdowały się ogrody warzywne.

W skansenie można wejść do muzeum sabotów, czyli słynnych holenderskich, drewnianych butów i to mnie właśnie najbardziej interesowało. O sabotach i ich produkcji będzie kolejny, oddzielny wpis. Zobaczyć można muzeum sera i skosztować różnych jego rodzajów. A także młyn, w którym zobaczymy produkcję drewna. Tam niestety się nie dostaliśmy ze względu na ogrom ludzi. Po prostu nie chciało nam się stać w kolejce. Warto pamiętać, że w skansenie nadal mieszkają ludzie w swoich prywatnych domach. A pracownicy pokazujący turystom życie dawnych Holendrów często ubrani są w stroje z tamtej epoki, np pani, która opowiada o produkcji sera. Na terenie Zaanse Schaans mieszczą się sklepiki z pamiątkami, toalety, lodziarnia czy małe bary np z gorącą czekoladą. Parking kosztuje aż 15€ ale to dlatego, że te pieniądze idą m.in na utrzymanie tego miejsca.

Czy ten skansen zrobił na mnie wrażenie? Jest ładnie, ale według mnie, nie ma tej bajkowej otoczki jak Kinderdijk. W Kinderdijku byliśmy dwa razy: w letni weekendowy dzień i o zachodzie słońca. Było pięknie! Jest to miejsce, w przeciwieństwie do Zaanse Schaans, położone na uboczu, w większej ilości zieleni, spokojniejsze i bez takich dzikich tłumów. Zdecydowanie Kinderdijk wygrywa.

Kaczki prawie w ogóle nie bały się turystów 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Coraz większymi krokami zbliża się najciemniejszy okres w roku. Jest to też mój ulubiony czas. Ulżyło mi, że sierpień wreszcie dobiegł końca, tym bardziej, że ostatnie dni były naprawdę ciepłe, co niestety mi przeszkadzało.

Czekam na deszcz. Ostatnio kropiło tylko troszkę a zapowiadało się na porządną burzę. Było duszno, powietrze stało w miejscu a pioruny z ulewą przeszły oczywiście bokiem. Cieszy mnie to, że gdy dzwoni budzik, za oknem jest jeszcze ciemno. Nadal jednak śpimy przy otwartym oknie, bo noce są ciepłe. Na początku sierpnia, gdy było gorąco, przemogłam się i wyszłam na dwór, ale tylko po to, żeby wyprać dywan. Kupiłam specjalny płyn z przymocowaną szczotką i wzorowałam plamy. Potem wypłukałam go szlauchem i w dwa dni dywan był suchy i odświeżony.

Przez nasze miasto, kierując się do Rotterdamu, odbywał się wyścig Tour de France kobiet. Był to poniedziałek i pracowaliśmy krócej ze względu na wysokie temperatury, ale i tak nie zdążyłam na wyścig. Załapaliśmy się dosłownie na końcówkę, do tego na wiadukcie, gdzie mało co było widać. Wyścig wygrała Polka – Katarzyna Niewiadoma 🙂

Nasza śliwka w tym roku wyjątkowo obrodziła w owoce. Pan Mąż musiał wleźć na drabinę i zerwać owoce. Część dałam koleżance na kompot, a część sobie zostawiłam też na kompot i ciasto. Znowu próbowałam bawić się w cukiernika. Śliwki miały iść wstępnie do słoików, ale nie zostało mi się ich tak dużo, więc zużyłam na bieżąco. Ciasto wyszło nawet dobre. Jest jakiś progres 🙂

Spacer i oglądanie łodzi.

Będąc u dobrych znajomych, próbowałam pierwszy raz kiełbasy z jelenia. Z reguły nie jadam dziczyzny. Mieszkają oni z ludźmi z Rumunii (wspominałam już o tym), którzy mają swoje gospodarstwo i wytwarzają sami dużo jedzenia. Rodzina przysyła regularnie paczki. Kiełbasa przypominała mi w smaku trochę salceson i była całkiem smaczna.

Poszliśmy też do fajnego baru na piwo. Po pracy było gorąco i zostaliśmy bez problemu namówieni na kufel zimnego Heinekena. Obsługiwał nas bardzo sympatyczny barman, który jak się okazało, zna kilka osób z naszego otoczenia. Z baru, na tyłach znajduje się coś na kształt ogrodu z palmami. Stoją stoliki, grill elektryczny, wiszą lampki a dookoła palmy. Przyjemne miejsce.

Takiej wielkości drzewo marzy mi się w moim ogródku. Na razie mam karzełki.

Koleżanka przywiozła mi z Polski kilka gazet. Chciałam, bo chciałam sobie poczytać jakieś bzdury. I faktycznie – nie ma w nich już nic ciekawego. Pamiętam jeszcze ogromny wybór prasy w kioskach. Czego tam nie było… „Poradnik domowy”, „Naj”, „Claudia” i wiele innych. Obecnie wszystko jest w internecie, to też gazety są chudziutkie i co druga strona, to reklama. Ostatnio (m.in na TikToku) widzę i słyszę ogrom zdrobnień typu: kawusia, psiapsi itp. Nie znoszę tego i nie używam. W gazetach jest już to samo:

Serio?! Drzemusia?

W takiej np „Oliwii” jedynym ciekawym materiałem do czytania, był wywiad z popularną autorką kryminałów, Katarzyną Bondą. Reszta nie warta uwagi.

I oczywiście przyjechało do mnie też kultowe czasopismo, czyli „Detektyw”. Jeszcze go nie przeczytałam. Zostawiam sobię tę przyjemność na jesienne wieczory 🙂

Odwiedziłam brata i jego żonę, którzy mieszkają w Delft. Fajnie było wrócić do jednego z ładniejszych holenderskich miast, które znajduje się tylko około 40 km od naszego miasta. Spotkałam się też ze Skalpelem, któremu musiałam trochę poprzeszkadzac w obserwowaniu terenu z balkonu 🙂

Budka dla ptaków:)

Dotarło do mnie kilka nowych książek. Miejsca na półkach coraz mniej, ale powstrzymać się nie mogę przed kupnem kolejnych pozycji. Na Facebooku jest mnóstwo dziewczyn, które sprzedają raz przeczytane książki za niewielkie pieniądze. Zawsze coś wynajdę.

Jeden z lepszych letnich obiadów.

W Lidlu pojawiły się ciekawe ciastka/ mini batoniki… Nie wiem, jak to nazwać. Dwa kruche kwadraciki oblane czekoladą a pomiędzy nimi biały krem. Trzymać należy w lodówce. Bardzo dobre. Jem już drugie opakowanie 😁

Czasem za oknem pojawia się taki zachód słońca 🙂

Wracając z pracy, natknęłam się na bardzo dziwną roślinę. Na początku myślałam, że ktoś wsadził w ziemię jakaś dekorację. Okazało się, że to wyrasta z ziemi i ma grube łodygi. Aplikacja pokazała, że to Arum Maculatum Wikipedia, że to roślina pochodząca z rodziny… obrazków plamistych. Wywodząca się m.in z Turcji. W Polsce rzadko spotykana. A jeśli już, to na Pomorzu. Te czerwone jagody, to jej owoce. Naprawdę ciekawy przypadek.

Do następnego 🙂

HOTEL W ZAANDAM

W sobotę wybraliśmy się na zwiedzanie. Padło na miejscowość Zaandam i słynny hotel Inntel. Z tym, że nie było to oglądanie całej miejscowości, bo chciałam tylko zobaczyć ten budynek. W planach był skansen z wiatrakami.

Ten weekendowy wypad podzielę na trzy części, bo każda zasługuje na osobne wpisy. Najpierw opiszę wyżej wymieniony hotel (znalazłam trochę informacji w wikipedii), potem zrobię wpis o słynnym skansenie a na koniec poświęcę chwilę na opisanie najbardziej znanych holenderskich butów, czyli sabotów.

Inntel, to 4- gwiazdkowy hotel. Otwarty został 18 marca 2010 roku, czyli nie jest najstarszej daty. Jego fasada składa się z nagromadzonych prawie 70 oddzielnych domków. Budynek został zaprojektowany przez Wilfrieda van Windera. Zastąpił on wcześniejszy hotel, który był otwarty w 1986roku. Teraźniejszy budynek witał gości już 12 marca, a więc kilka dni przed oficjalnym otwarciem. Ciekawostka: obok hotelu znajduje się sztuczny wodospad.

Hotel znalazł się na szczycie listy 12 najbardziej wyjątkowych hoteli na świecie, sporządzonej przez CNN. Próbowałam znaleźć ten konkretny ranking, ale niestety nie udało się. Znalazłam np ten: https://turystyka.wp.pl/najbardziej-nietypowe-hotele-na-swiecie-6101276186330241g  Z wyjątkiem jednego domu, reszta jest w kolorze zielonym. Ten pozostały ma kolor niebieski i symbolizuje słynnego malarza Moneta- widać na zdjęciu powyżej. Wokół projektu wybuchła afera, gdy van Winder został oskarżony o plagiat przez innego architekta- Sjoerda Soefersa.

Hotel robi naprawdę duże wrażenie i podobno ma 40 metrów wysokości. Na dole mieści się restauracja. Wokół hotelu, znajduje się deptak, sporo knajpek i kawiarni oraz różne sklepy. Obok stoi ratusz z ciekawie wyglądającym zegarem. I te wszystkie budynki są w tej samej kolorystyce, co Inntel. Wygląda to trochę jak z bajki.

Sporej wielkości zegar.

Auto zaparkowaliśmy na parkingu podziemnym na przeciwko słynnego Primarka. Nie zwiedzaliśmy całego miasteczka. Weszliśmy tylko do sklepu z pamiątkami, bo jak zwykle musiałam mieć magnes z tego miejsca. Spędziliśmy tam tylko około godziny i pojechaliśmy dalej, czyli do skansenu Zaanse Schaans. Ale o tym w kolejnym wpisie 🙂

Pan Mąż robił mi zdjęcie. Jestem za tym facetem 🙂

Do następnego 🙂

TURECKI SKLEP JEST DUŻY

Zapewne pisałam już wcześniej o sklepie tureckim, który znajduje się w Hellevoetsluis. Zapewne pisałam też, że często robię tam zakupy i że są tam zawsze świeże owoce i warzywa. Jarzyny, które kupuję w większej ilości, mrożę i mam do zupy. Teraz ten sklep się zmienił.

Kiedyś, gdy dopiero zamieszkałam w Hellevoetsluis, Turek- właściciel sklepu (dobrze mówiący po polsku) prowadził zwykły turecki sklepik. Mimo to, miał tam sporo polskich produktów. Plus oczywiście kebab. Potem, na przeciwko, inny Turek otworzył typowy polski market. Obydwa interesy dobrze prosperują a mój ulubiony turecki sklepik rozrósł się do poważnych rozmiarów. Nadal znajdują się przed wejściem kosze z owocami i warzywami, które ukryte są pod parasolami.

Gdy się tu wejdzie, oczy cieszą się ogromną ilością kolorów i rodzajów chociażby papryk. Ceny są niższe, niż w marketach holenderskich, no i świeżość tutaj ma ogromne znaczenie, bo na przykład zioła w doniczkach, czy pęczki koperku albo natki pietruszki, są regularnie pryskane wodą, żeby nie zeschły się. Na przeciwko warzyw, są kosze z owocami. Wiadomo: kilka rodzajów jabłek, gruszki, truskawki, ogromne kulki winogron, ale też melony, arbuzy czy kokosy.

W sklepie zmieniło się dużo. Przede wszystkim wielkość. Jest kilka alejek i dwie kasy z taśmą. Kebab, wiadomo, został. Doszły do tego półki z chemią, czyli np proszki kilku kilogramowe, szampony, farby i henny tureckie. Kiedyś dotrwałam w polskim sklepie szampon z Joanny miodowy. Włosy po nim miałam mega miękkie i delikatne. Niestety ponownie go nie sprowadzili i ostatnio kupiłam turecki. Nie ma tak intensywnego zapachu miodu, jak ten polski, ale może być. Musi.

Dzisiaj byłam w tym markecie oo kalafiory, bo znalazłam przepis na marynowanego w słoiku kalafiora w curry. A przetwory, to ja lubię robić i słoików też mam sporo. Skierowałam się do działu z przyprawami i suszonymi ziołami. Jest tego od groma. Curry znalazłam bez problemu, tak jak i spory słoiczek czarnego pieprzu mielonego, bo Pan Mąż lubi.

Niektóre są naprawdę ostre- próbowałam:)

Często zaglądam do działu z produktami sypkimi. Znajdziemy tam różne kasze, ryże, kilkanaście rodzajów makaronu, grochy itp. Dodać jeszcze muszę, że to właśnie tutaj zaopatruję się w moją ulubioną zieloną herbatę. Mają duże opakowania, ale ostatnio niestety nie pojawia się ta liściasta, tylko w torebkach. Mimo to, nie kupuję nigdzie indziej. Według mnie, tutaj jest najlepsza.

W żadnym markecie nie znalazłam półek tak zapełnionych octami winnymi, sosami, oliwami z oliwek, kwasków cytrynowych czy limonkowych, jak tu.

Są też różnego rodzaju sery, mrożonki, pikle, których jeszcze nie znam, ale wyglądają ciekawie, budynie, czy zupki chińskie 🙂 Przy kasach znajduje się lodówka z deserami, ciastami i tortami. Obok pieczywo i różne pasty, krewetki, oliwki czy nadziewane papryczki.

Kupiłam też dżem. Będzie do naleśników. Do tej pory kupowałam w polskim sklepie Łowicza, bo jest naprawdę dobry. Dzisiaj spróbowałam tureckiego, malinowego. Konsystencja rzadsza i drobinki owoców. Mój werdykt? Pyszny 🙂 A obok dżemów stoi np puder pistacjowy.

Jeszcze powinnam napisać o słodyczach. Przede wszystkim nie lubię baklavy. Za słodka. Ale np batony, czy ciastka mają jakiś limit cukru. Słodyczy jest tu cała alejka. Ja zawsze wybieram wafelki w czekoladzie, czasem batony a dzisiaj paczkę malutkich, kruchych herbatników przełożonych kremem orzechowym. Niebo w gębie.

Są już dyńki 🙂

Do następnego 🙂

BUFFETKAST

Czyli kredens. Już dawno chciałam go kupić. W kringloopie nie było takiego, jaki by mi odpowiadał. Na Marketplace owszem- mnóstwo. Ale albo drogie albo za daleko.

Zacznę od tego, że zepsuła się nam lodówka. Nie była kupiona przez nas. Pisałam już kiedyś, że nasz dom był wynajmowany jako mieszkanie firmowe dla pracowników z Polski. Podczas naszej przeprowadzki, firma przyjechała i zabierała meble i inne rzeczy, które nie należały do nas. Kuchnia została na miejscu razem z kuchenką gazową i lodówką. Było to oczywiście na plus dla nas. Więc koelkast służył nam cztery lata. I wreszcie padła. Zamrażalnik był wbudowany na dole, więc oddzielnie. I on się nie zepsuł. Ale co mi po samym zamrażalniku? Nic. Prawie przez tydzień żyliśmy bez lodówki. Ciężko było.

We czwartek pracowaliśmy krócej. Pomyślałam, że nie ma wyjścia, trzeba jechać do kringloopa. Może będzie jakaś lodówka. Nie musi być prawie nowa, czy wysoka, jak poprzednia. Przeszłam w sklepie dwie alejki i ją zobaczyłam. Niewysoka, w bardzo dobrym stanie. Za 130€. Dlaczego nie pojechaliśmy do sklepu z agd i nie kupiliśmy nowej? Bo wychodzę z założenia, że jeśli mogę coś kupić taniej, to nie warto przepłacać. W kringloopie też oferują transport i mamy nawet miesiąc gwarancji.

Podoba mi się ta klamka 🙂

Od razu ją zarezerwowaliśmy, opłaciliśmy z transportem i do tego doszedł jeszcze ten kredens. Taki, jaki od dawna chciałam kupić. Nie mogłam przepuścić takiej okazji. Na strychu w pudle miałam serwis do kawy, komplety szklanek i wreszcie mogłam to ustawić. Na dole jest szafka z dwoma półkami, więc schowałam sporo klamotów z kuchni i teraz jest więcej miejsca.

Przy okazji, w pudle znalazłam komplet do łazienki z motywem morskim: mydelniczka w kształcie muszli i pojemnik na mydło w płynie. Zupełnie zapomniałam, że takie coś mam.

A nowa lodówka działa bez zarzutu. Została obklejona magnesami, które zbieram. Ta poprzednia miała magnes tylko z boku. Ta ma na drzwiach.

Do następnego 🙂

ZAKUPY W HEMIE I DROGERII INTERNETOWEJ

Bardzo lubię sklep Hema. Nie jest typową drogerią, bo znajdziemy w nim m.in artykuły papiernicze, ubrania a nawet można tam zjeść ciastko i napić się kawy. Ja tam zaglądam po maseczki.

Dawno mnie w Hemie nie było, bo nie mam do niej po drodze. Będąc w Schiedam, mijałam ten sklep i postanowiłam wejść i zobaczyć, co ciekawego jest w sprzedaży. Skierowałam się na dział kosmetyczny. A ten jest tam według mnie, dobrze zaopatrzony. Z tym, że nie znajdziemy produktów innych popularnych marek, bo sklep posiada markę własną. Uważam zresztą, że bardzo dobrej jakości.

Za 5€ możemy kupić nowość, czyli żele pod prysznic w musie, który jest ostatnio popularny. Polska drogeria Hebe posiada np kremy do rąk o tej konsystencji.

Lakiery, to w ogóle jakiś kosmos. Zawsze je oglądam, bo kolorów jest ogrom a i trwałość nie najgorsza.

A tutaj też nowość: różne rodzaje olejków do twarzy, np rozświetlające lub nawilżające. Skorzystałam z trzech testerów i wybrałam dwa olejki.

W internecie, w rolkach zobaczyłam krem, który wygląda bardzo ciekawie, a producent obiecuje, że jest to bomba nawilżająca. A że mój krem powoli się kończy, to stwierdziłam, że poszukam tego cuda w drogeriach internetowych. I tak odkryłam sklep https://nl.iherb.com/ Krem znalazłam, więc założyłam konto i jeszcze przejrzałam, co ciekawego drogeria oferuje. Asortyment duży i całkiem w przystępnych cenach.

Po prawej stronie jest „Power cream”, czyli to, co ma tak świetnie działać na skórę. Przykryty jest plastikowym wieczkiem, posiada szpatułkę a w środku znajdziemy turkusowy żel a w nim zatopione białe „kulki” kremu. Wygląda to ciekawie i całkiem przyjemnie pachnie. Po lewej nawilżający krem z witaminą E kupiony z myślą o Panu Mężu, bo ma przesuszoną skórę twarzy. Jest niemal bezzapachowy i dobrze się wchłania.

Uwielbiam mgiełki do twarzy. Ta po prawej ma piękny, kremowy zapach i zawiera collagen. Co jeszcze lubię? Aloes i miód. Zwykły miód często nakładam na twarz i jest to zbawienne dla skóry. Po lewej znajduje się serum z peptydami, miodem i kolagenem. W środku zaś, uspokajające i nawilżające serum z aloesem.

W Hemie kupiłam żel oczyszczający arbuzowy. Jeszcze nie używałam, najpierw skończę opakowanie żelu z Ziaji. Obok kolejna mgiełka – woda termalna.

Mam mieszaną skórę, więc testuję różne pudry matujące. Tego jeszcze nie używałam. Czeka na swoją kolej. W środku olejek- primer rozświetlający z witaminą E. Będę go używać jedynie na policzki. Obok kremowe mleczko o zapachu różanym. Nie przepadam za tym zapachem, ale ten jest naprawdę delikatny a sam kosmetyk świetnie nawilża.

Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła masek w płachcie i lakierów do paznokci. Ostatnio mam fazę na różne odcienie czerwieni. Zresztą jest to jeden z moich ulubionych kolorów na paznokciach. Klasyka jest zawsze dobra. Latem lubię też odejść od ulubionych barw i trzaskam pazury np na niebiesko. Ten kobaltowy jest piękny 🙂

A to turecki sklep z kosmetykami do włosów. Natknęłam się na niego w Schiedam. Chętnie wrócę. Kupiłam maskę poprawiającą kondycję włosów. Już wypróbowałam i jestem zadowolona. Nie pachnie rewelacyjnie kremowo, ale dobrze nawilża włosy. Z reguły mam puszące się włosy na końcach, czego nie lubię. Ta odżywka je wygładziła. Znalazłam też olej kokosowy. Nie używam w kuchni. Smaruję się nim. Jest to jedna z lepszych rzeczy, jakie odkryłam dla swojej skóry. Pomaga w nawilżeniu, zadrapaniach, pieczeniu skóry. Po prostu ją wycisza. Dla mnie- rewelacja.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

W lipcu się działo. Chodzi głównie o pracę. Czekają nas zmiany, ale po kolei. Ten wpis będzie trochę długi, bo chcę w nim zawrzeć wszystko to, co się wydarzyło. Zdjęć także będzie sporo.

Zacznę od tego, że poprzednio zapomniałam opisać dwóch rzeczy. Przypomnę, że byliśmy na najstarszym belgijskim cmentarzu w Brugii. Przejeżdżaliśmy przez dwie duże holenderskie inwestycje. Był to tunel (myślałam, że do tej pory tylko w Niemczech tak długie widziałam) i wiadukt.

Westerscheldetunnel – biegnący pod Skaldą, od Ellewoutsdijk do Terneuzen. Wiedzie nim droga N62, posiadająca dwa pasy ruchu w każdą stronę. Długość to 6,6 km, co czyni go najdłuższym w Holandii tunelem. Otwarto go po ponad 7 latach projektowania i budowania, 14 marca 2003r. Za przejazd pobierane są opłaty. Maksymalna prędkość, to 100km/h.

Widoki są bajkowe, niestety zdjęcie tego nie oddaje.

Zeelandbrug – most nad rzeką Skaldą Wschodnią, pomiędzy Zierikzee i Colijngsplaat, w prowincji Zelandia. Jego budowa rozpoczęła się w 1963r a otwarcie nastąpiło 15 grudnia 1965r. Długość wynosi 5,022m co czyni go najdłuższym mostem w kraju a w chwili otwarcia, także w Europie. Biegnie nim droga N256 i ścieżka rowerowa. O ile dobrze się orientuję, to na chwilę obecną, najdłuższy wiadukt europejski znajduje się we Francji.

Matti, czyli kot sąsiadów, chciał ze mną do pracy jechać 🙂

Parę lat temu oglądaliśmy film pt. „Sausage Party”. Jest to animowana komedia, ale tylko dla widzów dorosłych. Polecam najpierw zobaczyć trailer. A teraz Pan Mąż odkrył, że powstał serial, w którym akcja dzieje się po tym, co stało się w filmie. Tytuł to „Żarciotopia” i my to oglądamy. Nie powiem, ryje łeb, ale ubaw mamy.

Jedna z burz, które nawiedziły Zuid Holland.

A teraz taka ciekawostka. W Holandii do kupienia chyba w każdym markecie są pewne kokosowe ciastka. Okrągłe, z dziurką a smakują, jak polskie kokosanki. W paczce jest kilka sztuk, poprzekładanych białymi papierkami. I jakież było moje zdziwienie, gdy koleżanka powiedziała mi, że to nie jest papierek a masa chlebowa, która powstaje na potrzebę np opłatka kościelnego czy kolędy! Tyle, że trochę cieńsza. A ja przez tyle lat to wyrzucałam… Spróbowałam i faktycznie- czuć opłatek.

Jestem zdecydowanie team zachód słońca, ale takie wschody też cieszą oko, mimo że człowiek trochę poirytowany porannym wstawaniem. Jestem też team sowa- lubię wieczory i noce. Wstawanie rano, to dla mnie trochę mordęga.

Ale pojawienie się w sklepie w miarę wcześnie, pozwala na większy wybór przecenionych towarów. Chodzi oczywiście o market Jumbo 🙂

Galeria w Schiedam i obrazy do kupienia.

Przejdę teraz do spraw poważniejszych, czyli pracę. Pewnego dnia właściciel szklarni chciał z nami rozmawiać po pracy. Tzn z tymi osobami, które mają umowę o pracę bezpośrednio przez firmę. Ard ma już swoje lata i myślałam, że chodzi o emeryturę. Jednak nie. Powiedział, że sprzedaje firmę innej, która też posiada w okolicy pomidory, bo ma już po prostu dość. Zapewne chodzi też o wirusa i straty z nim związane. On sam jednak w firmie zostanie do emerytury. Po trzech dniach mieliśmy spotkanie z nowymi właścicielami, którzy przejmą szklarnię od grudnia. Przedstawili swoje zdanie i powiedzieli/ poprosili, żebyśmy nie odchodzili, bo wszystko zostanie po staremu, nie będzie dużych zmian a my jesteśmy potrzebni. Zgodziliśmy się, bo też jesteśmy ciekawi jak to będzie. Zawsze coś nowego 🙂 Dowiedzieliśmy się też, że sporo osób, którzy z nami pracowali i odeszli, albo zostali zwolnieni, pracują właśnie u tych nowych właścicieli. I nagle zaczęły się do nas telefony, wiadomości, że oni wiedzą o wszystkim i gdzie my teraz będziemy pracować. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to nie jest martwienie się o nas, a zwykła ciekawość i może nawet satysfakcja, że zostaliśmy na lodzie. Otóż, znamy na tyle język i mamy duże doświadczenie, że pracę łatwo byśmy znaleźli. Po drugie, niektórzy bardzo się zdziwili, że jednak nikt nas nie zwolni. A w ogóle, niech pilnują swoich nosów.

U nas zaczęły się urlopy. Koleżanka, z którą pracuję na magazynie, pierwsza ma wakacje a potem ja. Ale najpierw wolne ma Jaco, czyli Holender, szef magazynu. Gdy go nie ma, maszyny obsługuje właściciel – Ard. I tu są czasami różne problemy, bo chłop się nie zna dobrze na tym wszystkim i jeśli czasem coś poważnie walnie, to stoimy w miejscu. Wychodzimy ostatnie z pracy. Do tego potrzeba nam trzeciej dziewczyny do pomocy. Pierwsza rzuciła pracę (a znała się na ważeniu i była szybka) i poszła za chłopakiem, który wyleciał za palenie zioła w pracy. Szkoda dziewczyny, ale jej wybór. Oby nie żałowała. Druga była fryzjerką i przyjechała tu trochę zarobić. Szło jej nawet dobrze, ale zostać nie chciała. Trzecia, starsza od nas, podobno miała doświadczenie ale pracowała tylko dwa dni. Nauczyłam ją wszystkiego i nagle się nie pojawiła. Powód? Problemy ze współlokatorami w domu firmowym. Raz nawet się popłakała i wyszła na kantynę. Powód? Bo ktoś jej ukradł ciastka a okazało się, że je zgubiła. Do tego nie wchodziła niemal do kuchni, jadła w pokoju a zmywała w umywalce w łazience! Zawsze coś. Dostałyśmy do przyuczenia kolejną dziewczynę. Jest tak powolna, zero życia w niej, że nie wiem jak sobie poradzimy we dwie, gdy koleżanka pojedzie na urlop. A potem, gdy ja wezmę wolne, jak one sobie poradzą? Stwierdziłam, że zombie się szybciej rusza niż ona. Na sortowni, na wadze trzeba mieć ruchy, puste wózki są potrzebne i pełne palety. Potrzeba osoby, która myśli, nie jest roztrzepana i powolna. Niestety nowa posiada te cechy. Pożyjemy, zobaczymy. Najwyżej będę kończyła pracę o godzinie 67:120.

Kwiaty od sąsiadki za pomidory 🙂

Pojechaliśmy wreszcie nad morze ze znajomymi. Trochę dalej, bo około 20 km od naszego miasta. Byliśmy już tam kilka razy. Tym razem zaprowadzili nas w inne miejsce. Szliśmy plażą aż doszliśmy do skał.

Najpierw był odpływ i można było znaleźć mnóstwo ładnych muszelek a także pancerzyków krabów.

Po skałach (raczej kwadratowe głazy) można było chodzić. Należało jednak uważać, żeby nie spaść. Oddzielały morze od powstałego „jeziorka” po przypływie. Im bliżej morskiej wody, tym były wyższe. Wpadnięcie groziło nawet połamaniem i zaklinowaniem. A zbliżał się przypływ.

Było wtedy około 30° i pluskanie się w zimnych falach przyniosło ulgę ale też spalone ramiona. To był fajny dzień, ale wróciłam z plażowania umordowana i jak zwykle w kilogramie piasku.

Widok z wydm

Do następnego 🙂

RESTAURACJA POLONIA

Po wizycie w Schiedam, udaliśmy się załatwiać sprawy do Rotterdamu. Auto zaparkowaliśmy w jednym miejscu i udaliśmy się pieszo tu i tam. Kilometrów nawaliliśmy, więc poczuliśmy się głodni…

Widziałam już wcześniej tę restaurację i nawet obserwuję jej profil na Facebooku. Mieliśmy ochotę na typowy polski obiad a tam zawsze jest zupa i kilka pozycji na drugie danie. Weszliśmy więc do środka, klienci byli. Skierowaliśmy się prosto do bemarów. 

Do wyboru były: ziemniaki, schabowy pod serową pierzynką, kurczak w sosie kurkowym, placek po węgiersku, jakiś gulasz, mięso w sosie, fasolka szparagowa w bułce tartej, dwa rodzaje surówek i zupa- kwaśnica. Wszystko było gorące i widać, że świeże. Obsługa miła. W małej lodówce obok znajdowały się buteleczki z kompotem truskawkowym i desery, m.in mini serniczki i naleśniki z nadzieniem.

Z zupy zrezygnowaliśmy. Ja zamówiłam ziemniaki z sosem kurkowym, bo uwielbiam grzyby a do tego fasolkę. Pan Mąż wybrał ziemniaki, mięso w sosie własnym, trochę fasolki i surówkę z białej kapusty. Czy nam smakowało? Średnio. Przede wszystkim, dla nas- mało doprawione. Ja rozumiem, że zawsze można użyć dodatkowo soli i pieprzu, ale tak czy siak, danie musi mieć jakiś smak. Najlepsze były chyba ziemniaki. Sos kurkowy niestety nie zdał egzaminu. O ile kurczak i sam sos był „zjadliwy”, tak grzyby niestety gorzkie i czasem czułam piasek między zębami (!).

Pan Mąż z mięsa w sosie był raczej zadowolony, ale bardzo smaczna była surówka z białej kapusty. Na tyle dobra, że pojechała z nami do domu w towarzystwie placka po węgiersku (na wynos można tam zamawiać). Pan Mąż pochwalił gulasz, ale sam placek średnio mu smakował. Kompot najbardziej smakuje mi ze szklanki. Ten był całkiem dobry, bo niezbyt słodki i co ważne: chłodny, bo było naprawdę ciepło na zewnątrz.

Nie odmówiłam sobie deseru. Wybrałam mini sernik z dodatkiem gorzkiej czekolady i deser był najlepszy według mnie.

Sos malinowy

Co do wystroju, to mogłoby by nastąpić kilka zmian. Przydałby się obrus na stole. Nawiązując do stołów, to niestety nie na wszystkich stały przyprawy, czy serwetki. Według mnie, to ważny szczegół, bo potrawy wymagały doprawienia. Fajnym elementem są duże okna z widokiem na ulicę, przy których można zjeść. Zauważyłam, że na szerokich parapetach nadal wiosennie, czyli sporo sztucznych kwiatów a nawet były zajączki wielkanocne! To nie ten czas…

Wrzuciłam te zdjęcia na TikToka. Odezwało się mnóstwo osób z poleceniami innych restauracji polskich w Holandii z dużo lepszym jedzeniem. Było też kilka pozytywnych opinii, ale sporo ludzi jednak krytykowało  bemary. Pisali, że z tymi naczyniami, to nie restauracja a bardziej bar. Jadłam w wielu miejscach z bemarów. Nigdy chyba nie było niesmacznie. Ale faktycznie- Polonia, to bardziej bar, mimo że siebie nazywają restauracją.

Do następnego 🙂

SCHIEDAM I JEGO WIATRAKI

Do Schiedamu pojechaliśmy, bo trzeba było to i owo załatwić. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale żeby nie było, że byliśmy tam na próżno, to postanowiliśmy zwiedzić jeden z wiatraków.

Miasteczko leży bardzo blisko Rotterdamu. Powstało w XIII wieku nad rzeką Schie. Zbudowano na niej tamę (hol. dam), dlatego taka nazwa miasta 🙂 Kiedyś mieścił się tutaj port, do którego wpływały statki m.in ze zbożem. Ogromną ilością zboża: żyta czy jęczmienia. Co zrobić z tymi tonami? Najpierw zboże było odpowiednio spreparowane, a potem przerabiane na słód a ten na alkohol. Schiedam słynie z produkcji np ginu.

Niegdyś w mieście stało około 20 ogromnych wiatraków. Stawiano je wysoko z dwóch powodów: łapały więcej wiatru i zwiększono pojemność magazynową i produkcyjną. Najwyższy z nich mierzy 33 metry, co czyni go największym tradycyjnym wiatrakiem na świecie. Młyny nazywa się tzw wiatrakami galeriowymi, czyli posiadającymi balkon/ balustradę. Zbudowane są z cegły, ale wnętrze ze stropami, dachem, śmigłami było z drewna. Dlatego często wiatraki płonęły.

Z tego, co się orientuję, to w tej chwili są trzy młyny dostępne dla zwiedzających: De Walvisch, De Nieuwe Palmboom (drzewo palmowe)- nadal zamieszkały przez młynarza i Noordmolen, w którym mieści się restauracja.

De Walvisch, czyli wieloryb

Udaliśmy się zwiedzić wielorybka. Bilet kosztował 8€. Młyn ten powstał w 1794roku a swoją nazwę zawdzięcza ulicy Walvischstraat, gdzie działał przemysł wielorybniczy, którym zajmowali się rybacy z Schiedam. Zbudowano go głównie na potrzebę produkcji słodu. Ale mielił nie tylko dla palarni. Na początku lat 30tych, wytwarzano w nim nawet magnez. W 1954 roku zamieszkiwała w nim rodzina Kluitów. Niestety nie znalazłam nic na ich temat. Wiatrak był często gruntownie odnawiany.

Dzisiejsza produkcja mąki.

14 lutego 1996 roku, młyn się palił. Ogień unicestwił całe wnętrza aż po pierwsze poddasze. Dzięki działaniom różnych firm, instytucji i obywateli, w 1999 roku wiatrak wznowił działalność.

Widok z balkonu. W tle kolejny młyn.

Od 2002 roku znajduje się tutaj sklep z wyrobami młyńskim i nie tylko. Na zwiedzających czekają liczne zdjęcia, wyświetlany film o historii miejsca, pamiątki, przewodnik a także mini kawiarnia.

Ja wyszłam z magnesem, widokówką, mąką i słoiczkiem marynowanych warzyw. Ciekawe miejsce. Warto zapewne zajrzeć do pozostałych dwóch młynów, ale nam niestety już czasu nie starczyło. Wiatraki są usytuowane blisko siebie, dlatego miasto można zwiedzać spokojnie pieszo.

Do następnego 🙂

ZDOBYCZE Z ACTION

Wpadłam po pracy do Actiona (dobrze, że jest otwarty do 20:00), bo skończyły mi się maski w płachcie do twarzy. Wiem, że zawsze znajdę tam te ulubione, czyli nawilżające.

Obczaiłam też inne produkty. U nas w mieście, Action stał się nieco ubogi. Widziałam teraz mnóstwo perfum, np z postaciami z Króla Lwa albo obrazkami przedstawiającymi stolice europejskie m.in Londyn. Pachną one średnio, dusząco a nawet mdląco. Brakuje za to mojego ulubionego żelu podkreślającego brwi, czy słynnych pudrów sypkich, które zrobiły furorę. Przydałby mi się kokosowy. Kolorowych notesów czy kalendarzy też mi brak. Dobrze, że jest Temu, bo tam wybór ogromny. Za to, muszę przyznać, że półki z produktami do włosów uginają się od nowości.

Bardzo lubię spraye do włosów z Action. Dobrze odżywiają moje „pióra” i ładnie pachną. Dla mnie to dobra opcja zamiast stosowania co drugi dzień odżywek ze spłukiwaniem, bo one obciążają moje włosy. Raz w tygodniu wystarczy, a co drugi dzień – spray. Dzisiaj kupiłam płyn z keratyną. Dołożyłam do tego coś, co właśnie użyłam pierwszy raz, a mianowicie peelingu do skóry głowy. Słyszałam, że jest to potrzebne, bo dobrze oczyszcza a ja ostatnio mam wrażenie jakby po mojej głowie coś chodziło (!) Duży wpływ ma na to kurz i pył w pracy. Więc zwykłe mycie nie wystarczy. Zastosowałam więc ten peeling. Co mogę o nim napisać? Podoba mi się opakowanie, ma piękny zapach. Kojarzy mi się on z dobrymi męskimi perfumami z mieszaniną jakichś ciastek 🙂 Po masowaniu skóry głowy, trzymałam go około 5 minut. Potem głowę umyłam szamponem miodowym. Czuję ulgę. Skóra się uspokoiła. Na pewno kupię ponownie.

Jestem wierna marce Sanex i kupiłam nawet nowy Sanex Protect, ale ujął mnie zapachem nowy żel pod prysznic z olejem organowym. Producent obiecuje, że skóra po użyciu będzie delikatna, miękka i pachnąca. Zobaczymy 🙂

Zapas mojej ulubionej wody różanej w nowym opakowaniu. Nie rozstaję się z nią. Pachnie delikatnie różami i genialnie nawilża moją twarz. Idealna po kąpieli i w podróży, gdy trzeba się odświeżyć. Obok korektor pod oczy. Używam, mieszając trochę ciemnego odcienia z tym jasnym. U mnie sprawdza się bardzo dobrze.

I coś, co uzależnia, czyli nakładanie na twarz co drugi dzień maski w płachcie. Wybieram zawsze te nawilżające, odżywiające. Oczyszczających nie potrzebuję, bo robię sobie peeling z cukru i miodu. Raz w tygodniu. A co drugi dzień, po umyciu twarzy- pryskam ją tonikiem różanym i nakładam maskę.

Na koniec: żel do mycia twarzy firmy Biały Jeleń. Kupiłam go w polskim sklepie. Zawiera ekstrakt z aloesu, który uwielbiam i ogórka. Aloes świetnie koi, a po ostatnim plażowaniu skórę na twarzy miałam trochę przesuszoną i czerwoną od słońca. Pianka z Ziaji już się kończy, więc ten żel na pewno się u mnie sprawdzi. Zresztą nie od dziś wiadomo, że jest to dobra kosmetyczna firma. W polskim sklepie u mnie w mieście, Biały Jeleń kosztuje 4€.

Do następnego 🙂