HISTORIA PANI K.

To będzie inny wpis. To będzie wpis o zachowaniu pewnej dziewczyny, która z nami pracowała. Doszłam do wniosku, że co jakiś czas będę pisała o ludziach, z którymi miałam styczność, bo niektóre historie nadają się na książkę.

Wspominałam już kilka razy, że pracuję w większości z Polakami. Niestety. Niestety, bo to co potrafią odwalać, to czasami przechodzi ludzkie pojęcie. Też jestem Polką i też nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Ale powiedzenie „jeśli Polak za granicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł” nie wzięło się znikąd. A wiem co piszę, bo wiele widziałam… Niektóre historie związane z rodakami warte są tutaj opisania, bo chcę, żeby inni wiedzieli jak się nie zachowywać i na co uważać.

W zeszłym roku pojawiła się u nas nowa osoba- K. Niewiele starsza ode mnie blondynka, wydawała się całkiem ogarnięta i sympatyczna. Szybko się uczyła, zbiór pomidora szedł jej dobrze. Na tyle, że wylądowała ze mną na sortowni. Nauczyłam ją wszystkiego. Pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy coś zrobiła źle i zapytana o to, wyjaśniła że ja jej czegoś nie wytłumaczyłam, nie powiedziałam. Jestem dobra w swojej robocie i wiem, co mam przekazać i wiem, że szef jej nie uwierzył. Zresztą rozmawiałam z nim o tym i stwierdził żeby to olać i się nie odzywać. Ok, tak zrobiłam. Kolejny zgrzyt, to jej gadulstwo. Robota się w rękach paliła a ona wtedy miała najwięcej do powiedzenia. Najczęściej o swoich rzekomych chorobach. Dobrym słuchaczem i doradcą nie jestem, poza tym nie mam czasu na takie rozmowy. Po jakimś czasie K. chyba za bardzo myślała o niebieskich migdałach, bo na sortowni ledwo ogarniała temat. Im więcej pracy, tym większy bajzel wokół niej. Nie wspomnę o tym, jaki miała system sprzątania: wszystko odwrotnie a przecież pracuje się tak, żeby nie dodawać sobie i innym roboty. K. wróciła z powrotem na zbiór, bo nie było czasu tłumaczyć jej poraz drugi jak się pracuje na magazynie.

Po jakimś czasie K. przyprowadziła do nas swoją siostrę- D. Charaktery podobne i dodatkowo obydwie lubiły siedzieć na dworze na fajce i komentować wszystko. D. zawsze starała się być dla wszystkich tak bardzo uprzejma, że na kilometr zalatywało lizusem. Z daleka od takich, bo zawsze mają w tym jakiś interes. Obie siostry pracowały, kłóciły się ze sobą i notorycznie były chore. Przynajmniej raz w tygodniu. Kończył się sezon i nagle K. zniknęła. Po prostu nie przyszła do pracy. Dlaczego? Bo nagle zapragnęła wrócić do poprzedniej firmy, o której miała jak najgorsze zdanie i dlatego wolała naszą szklarnię. Jej siostra poinformowała nas, że K. już nie wróci i czeka na sygnał ze starej firmy, od kiedy ma zacząć. D. z nami została. Nie minęły dwa tygodnie, gdy dowiedzieliśmy się, że K. została na lodzie. Dlaczego? Bo jednak miejsc pracy nie ma. Postanowiła więc zająć się sprzątaniem holenderskich domów. Miała nawet dostać skuter, żeby łatwiej jej było dojeżdżać do pracy. Taaaa… I laptopa i komórkę też. Była na sprzątaniu może dwóch domów i zaległa na kanapie. Dlaczego? Ofert brak. Jej siostra pojechała na urlop do Polski a my czekaliśmy na nowy sezon.

I wtedy się zaczęło. K. ocknęła się z marazmu i chciała do nas wrócić. Bo nie ma pracy, bo nie ma pieniędzy, bo już ma zaległości w opłaceniu pokoju, chodziła po znajomych pożyczać papierosy i kawę. Pisała do wielu osób smsy i na messengerze, żeby zapytały się naszego szefa, czy może zacząć pracę. Szef na to, że nie. Odeszła bez słowa, po prostu wypięła się na nas i teraz chce kolejną szansę? Jak to tak? Doszło do tego, że K. przyjeżdżała rowerem (mieszkała blisko) pod szklarnię i płakała i błagała o powrót. Obiecywała zmianę. Okazało się, że jej siostra D. już nie wraca, więc szef dał jednak K. szansę. Ostatnią. Warunek: dobrze pracuje i nie choruje. Zarzekała się, że tak będzie. W kwietniu tego roku wróciła. Chyba zapomniała jak się pracuje, bo szło jej opornie. Dostała kilka upomnień i wróciła na odpowiednie tory. Minęły może dwa tygodnie i K. zachorowała na tydzień. Coś z nogą. U lekarza była. Ok, niech się wykuruje i wraca. Wróciła i następne dwa poniedziałki olała. Nie odbierała telefonów Kolejnej szansy już nie było. Dostała wiadomość, że może już nie wracać. Pracy dla niej u nas nie ma. Nagle się obudziła i znowu atak smsowy i telefoniczny. Nawet jej facet dzwonił. Wniosek? Obydwoje bezczelni i niewychowani. Okazało się, że K. w niedzielę grillowała ze znajomymi i nie była w stanie się podnieść z łóżka, żeby w poniedziałek stawić się w pracy. Dziewczyna do końca nie wytrzeźwiała najwidoczniej, bo na jej profilu facebookowym pojawił się taki oto „dramatyczny” wpis:

Pozwoliłam sobie wkleić ten apel, bo dziewczynę najwyraźniej poniosło. Ciężko trochę zrozumieć, co tam napisała. Wyjaśnię, że chodzi o to, że traktuje pracę u nas jak Auschwitz. Nie zgodzę się z tym, bo szef obchodzi się często z ludźmi jak z jajkami. A wierzcie mi, że niektórym przydała by się musztra. Myślą, jak za PRL-u: czy się stoi, czy się leży – 1500 się należy. Nie, to tak nie działa. Jest przecież praca do wykonania, czas leci i trzeba ją zrobić. Po drugie, jeśli ktoś porównuje pracę w Holandii do obozu koncentracyjnego, to polecam posłuchać podcasty na ten temat. Jak można porównywać w ogóle cierpienie tysięcy osób do swojego lenistwa i humorów?! K. w swoim wpisie opowiada też, że tylko norma i norma. Z tą normą u nas jest tak, że taki pełen wózek pomidorów można spokojnie naciąć „z palcem w dupie”. On sobie sam jedzie a ty tylko idziesz. Nie ma wymogu biegania, ścigania się, bo czas itp. To jest prosta praca. K. bez problemu dawała radę. Nagle już miała z tym problem. Napisała też, że była lojalna i uczciwa. Nie, nie była. Wystawiała nas nie raz do wiatru, gdy potrzeba było rąk do pracy. Pierwsza wypłata i już choroba.

To jest tylko skrót tego, co się działo. Ja rozumiem, że nie każdy się nadaje do pracy w szklarni. U nas szef przeprowadza wywiad z nowymi ludźmi. Mówi o wszystkim. Chcesz pracować? Ok. Nie dajesz rady? Ok, szukaj innej posady. Ale jak już u nas zostajesz, to nie kręć, nie wydurniaj się. Pracuj. Uważam, że na szklarni można łatwo zarobić pieniądze. Nie potrzeba tu wysokich kwalifikacji, ukończonych studiów. Wystarczy, że się nauczysz tej pracy i już jakoś leci. Podwyżki też są. Często przychodzą do nas ludzie, którzy są poszukiwani przez policję, bez dowodów osobistych, bez możliwości powrotu do Polski. I też młodzi, którzy stawiają pierwsze kroki w Holandii. I te dwie grupy najczęściej myślą, że im się należy na start porządna pensja, mają swoje wymagania i kombinują jak zarobić a się nie narobić. Nieeee, to tak nie działa.

Zastanawia mnie jedno: czy w Polsce też tak zaczynają pracę… Czy też uważają, że im się wszystko należy za nic. I jeszcze jedno. K. chyba stwierdziła, że trochę za daleko się posunęła, bo usunęła wpis. Ale w internecie przecież nic nie ginie.

Do następnego 🙂

CZY OPŁACA SIĘ ROBIĆ ZAKUPY W POLSKIM SKLEPIE?

Na początku mojej przygody z Holandią nie wyobrażałam sobie kupować i jeść tylko produkty holenderskie. Nie wyobrażałam sobie kanapek bez polskiego pieczywa i wędlin.

A teraz, po tylu latach mieszkania tutaj, nie wyobrażam sobie robić zakupów tylko w polskim sklepie. Na początku zamawialiśmy jedzenie przez stronę internetową, gdzie w weekendy przyjeżdżały pod dom pudła wypełnione polskimi przysmakami. Holenderskie- tylko czasem. Potem Turek otworzył w Hellevoetsluis polski market. I to był szał, bo Polacy rzucili się po zakupy. Nie oszukujmy się, w takim sklepie marża jest duża. Zarabia się w euro i niby tego nie można odczuć. Do czasu… Znam osoby, które tylko tam robią zakupy, bo nie znają bardzo języka i wstydzą się pójść do Lidla. Znam też osoby, które twierdzą, że kuchnia holenderska nie jest smaczna i nie będą kupować w Lidlu, Aldi, czy innym Jumbo. Ale co ma piernik do wiatraka? Przecież z holenderskich produktów można śmiało ugotować polski obiad. O połowę taniej. Taka np kapusta kiszona. O wiele bardziej smakuje mi ta z Lidla niż z „polaka”.

My najczęściej na zakupy jeździmy do Lidla. Tam mamy niemal wszystko, co nam potrzebne żeby do gara włożyć. Warzywa i owoce kupujemy w warzywniaku tureckim (ogromny wybór) i czasem zajrzymy do polskiego marketu. Mamy to wszystko po drodze do domu- sklepy są w sumie obok siebie, ułożone jakby w trójkąt. Jest to wygodne. A z największą listą zakupów idę właśnie do Lidla. W „polaku” kupujemy chleb, wędliny, czasem żeberka czy schab. Czasem są to też parówki, musztarda czy ketchup. No i ogórki kiszone i kasza gryczana.

W Lidlu zaopatrujemy się np w kawę. Duże opakowanie starcza nam na niemal miesiąc. Nie ma tam Tchibo czy Jacobs. Zresztą nie musimy mieć droższej kawy. Ta lidlowska jest smaczna.

Jak kawa, to i herbata. Nie Lipton czy okropna Minutka. Zazwyczaj piję zieloną, ale w domu jest też zwykły earl grey. Zresztą całkiem aromatyczny.

Cukier, który zresztą podrożał też tam kupujemy. Kilogram starcza na miesiąc. Zapasów nigdy nie robimy, bo dla mnie to bez sensu, żywność ma datę przydatności. Kiedyś cukier kosztował chyba 0,89 centów. Teraz:

Ziemniaki, które są ulubionym warzywem Pana Męża. W Lidlu są dwa wory: zielony i niebieski. Jeden rodzaj najlepszy do gotowania a drugi do smażenia. Dla mnie bez różnicy. Nie jem ich non stop a obierać nie lubię.

Olej, ogromna butla, która starcza na bardzo długo. W polskim sklepie takich pojemności nie ma.

Masło i mąka. W polskim sklepie jest np Delma o smaku pieczywa, solona itp. W Lidlu mamy swoje ulubione zwykłe masło, które kupujemy już od dawna. To samo z mąką. Rodzaje różne: od tortowej, po krupczatki. A ja potrzebuję zwykłej, uniwersalnej, która nadaje się dosłownie do wszystkiego. I taką znalazłam:

Mleko- 2 litry, które dodajemy do kawy i sery. O serach nie będę dużo pisała, bo jest ich ogromny wybór w każdym sklepie i każdy pyszny.

Wino. Lubię białe i wytrawne. I tu w supermarketach chyba tylko są takie. Jakiego bym nie kupiła w ciemno, to każde dobre i dobrze gębę wykrzywia 🙂

I na koniec moje odkrycie 🙂 W polskim sklepie też jest, ale to jest według mnie najlepsze. Chodzi o kompot z wiśni w słoiku. Nie robię swojego i nie kupuję też świeżych owoców, bo mam najlepszy z Lidla. Zawsze zaopatruję się w dwa słoiki, do gara+ woda+ trochę cukru i zimny kompot gotowy. Pycha!

Co jeszcze ląduje w naszym koszyku? Zaglądamy na dział pieczywa i sięgamy np po bagietki czy słodkie bułki (o nich muszę osobny wpis zrobić). Potem mięso mielone, albo udka kurze na zupę. Są też słodycze, jogurty, lody, mrożonki (filety rybne, warzywa, gotowe pizze), przyprawy. Chemia też jest dobra (proszek do prania, kostki i płyn do WC, płyn do płukania), najlepsze worki na śmieci. Oprócz tego często zaopatruję się w rośliny, nasiona i zawsze wyrastają. Produkty do wyposażenia domu, dekoracyjne też są warte uwagi. Także jest tego dużo. Bardzo dużo. I z tego wszystkiego można spokojnie ugotować smaczny posiłek. Kwota na paragonie zawsze jest niższa, niż ta z polskiego sklepu.

Do następnego 🙂

MINĄŁ MAJ

Wreszcie czerwiec. Piszę „wreszcie”, bo w maju mieliśmy zakończenie szkoły. Stresy poszły w odstawkę a ogólnie sporo się działo.

Na początku maja mieliśmy egzamin, który przeprowadziła nasza nauczycielka, a mimo to trochę się stresowałam. Za zadanie mieliśmy przeprowadzenie rozmowy sprzedawca vs klient. Chodziło o oddanie telefonu na gwarancji. Nauczycielka była pracownikiem sklepu a ja klientem z wadliwym telefonem. Trzeba było rozmawiać przez pięć minut. Kolejnym zadaniem była trzyminutowa prezentacja na temat wymarzonej pracy. Wszystko było nagrywane. Okazało się, że nie taki wilk straszny. Kiedy nadeszła kolej Pana Męża i poszedł się produkować, ja zeszłam na dół, żeby oglądać kwiaty.

Brat z żoną, którzy przyjechali tu do pracy (kolejni młodzi ludzie, którzy nie widzą sensu pracy i życia w Polsce), przywieźli nam najlepsze lody na świecie, czyli smalec domowej roboty 😁

Pisałam wcześniej, że szukaliśmy dla nich łóżka, żeby spali normalnie w pokoju a nie waletowali na kanapie w salonie. Byliśmy też w kringloopie i natknęłam się na świetną kanapę. Bardzo wygodna, ale niestety raczej za duża do naszego salonu. No i nie ma funkcji spania, a Pan Mąż stwierdził, że jeśli będziemy zmieniać kanapę to rozkładana musi być.

Udało nam się kupić rozkładaną kanapę ale musieliśmy po nią jechać około 50km. Miejscowość Gouderak, leży niedaleko Goudy i jest naprawdę ładna.

Tak w ogóle, to mamy kota. Ja, która mam papugi, zgodziłam się, żeby brat przyjechał z kotem! Nie mieli co z nim zrobić, więc kotka szkoda. Skalpel jest kotką, wysterylizowana, przez całe dotychczasowe życie mieszkała w bloku. Wychodziła tylko na smyczy. Teraz ma do dyspozycji ogródek i uczy się chodzić po płotach. Raz ją z niego ściągałam, bo nie umiała zejść. Kot jest grzeczny, korzysta tylko z kuwety i w kwiatkach nie kopie. Miała już bójkę z kotem sąsiadów. Śpi czasem z nami. Pan Mąż za kotami nie przepada, a do Skalpela się przekonał.

W połowie maja był kolejny egzamin na komputerach. I tu już był cyrk, bo w egzaminie brały udział dwie grupy: początkująca w której były m.in Turczynki i ludzie z Bułgarii i nasza, zaawansowany poziom. Nauczyciele mieli dla każdego po laptopie ale słuchawki musieliśmy mieć swoje. Trzeba było m.in napisać maila czy opisać zalety ćwiczeń na siłowni. Potem były filmiki na różne tematy, które należało odsłuchać i zaznaczać odpowiednie odpowiedzi. I tu już się wkurzyłam, bo nie mogłam się skupić. Dlaczego? Bo Bułgarzy robili hałas. Nie mieli słuchawek, więc słuchali na głośnikach. Głośno rozmawiali, chodzili między stolikami, konsultowali się między sobą i włączali słowniki w telefonach, gdzie mówili wyraz a ten tłumaczył. Na sam koniec nawet nie raczyli dokończyć egzaminu, po prostu wyszli. Zero jakiegokolwiek szacunku do innych i ich pracy.

Na drugi dzień odbył się egzamin praktyczny. Jak to wyglądało? Do firmy przyjechały dwie panie. Mieliśmy rozmawiać o naszej pracy. Chwilowo zakończyłam pracę na sortowni i poszłam pomagać ciąć liście. Lubię to, bo mogę w spokoju podcastów słuchać. Więc włączyłam sobie swoje kryminały i zaczęłam pracę. Szef chodził z paniami i wołali nas na beton. Natknęli się na mnie, bo byłam najbliżej. Poszłam na pierwszy ogień. Przedstawiły się i powiedziały o czym będzie rozmowa i jeśli czegoś nie zrozumiem, to powtórzą po angielsku. Poszło fajnie i jak się rozkręciłam z gadaniem, to trzeba było kończyć, bo pozostali czekali. Teraz czekamy na dyplomy.

Zaczęłam znowu znosić do domu wielkie pomidory i przerabiać je na sos. Są takie ładne i aż szkoda nie korzystać. Wyszło mi prawie 10 słoików różnej pojemności. W przetwory mogę iść. Lubię to. Lubię też ciasta, ale piec nie umiem. Raz brat z żoną (Przemek i Marta) naleśniki mi zrobili, bo ja nie umiem. Wychodzą mi chleby. Objadłam się jak świnia 😁

Zaczęłam sprzątanie strychu. Czego tam nie było… Niewykorzystane przez właścicieli domu panele i płytki wystawiłam na Marketplace. Inne rzeczy są popakowane i pojadą do kringloopa. Najpierw tam kupowałam a teraz sama muszę klamoty oddać 😆

Kawał sera Gouda od sąsiadów za skrzynkę pomidorów. A niżej ciastko truskawkowe od koleżanki z thermomixa

Co mi się bardzo podoba w Holandii? Palmy mrozoodporne! Spotkać je tu można na każdym kroku. Sama mam dwie, ale marzą mi się w ogrodzie takie wielkie okazy:

A tu wisteria. Nawet nie przypuszczałam, że tak pięknie pachnie! A to żółte, to złotokap alpejski

W miejscowości 9 km od nas odbył się kermis. Impreza była na stadionie piłkarskim. Atrakcji ogrom. Każdej karuzeli nie zaliczyłam, bo jestem tchórz. Wysoko i do góry nogami, to nie mój odlot. Oprócz lunaparku rozstawione były namioty, w których były sceny i bary piwne. Uwielbiam takie coś, bo Holendrzy się świetnie bawią. Robiłam za kierowcę, nie piłam, patrzyłam jak inni balują. Około 18:00 było już po koncertach. A grali m.in jazz. Nie mój typ muzyki. Potem puszczali jakieś disco z głośników. Luźna, fajna atmosfera. Trzeba było wracać, bo byliśmy umówieni na grilla ze znajomymi.

Pogoda wreszcie zrobiła się bardzo słoneczna. Ponad 20 stopni. Postanowiliśmy pojechać po pracy (to był poniedziałek i jakieś święto, więc pracowaliśmy krócej) na plażę. Plaża jest w naszym mieście przy osiedlu Citta Romana. Są tam domki kryte strzechą i zespół domków kempingowych. Wynajmują je najczęściej Niemcy. Główna aleja prowadzi do plaży nad rozlewiskiem Renu. Na prawo jest olbrzymia tama, która oddziela rzekę od morza. Plaża jest szeroka, mało zaludniona. Woda bardzo płytka i bardzo ciepła. Idzie się ze 200 metrów wgłąb i jest po kostki.

Moja wymarzona sypialnia

Do następnego 🙂

POLECAJKI FILMOWE + COŚ PYSZNEGO

Ostatnio miałam tylko ochotę wyłożyć się na kanapie i obejrzeć jakieś filmy. Nawet czytanie mi nie szło… Więc zalegałam na tej kanapie i oglądałam.

Znalazłam kilka ciekawych filmów i niekoniecznie amerykańskich. To znaczy dwa są zza oceanu: Kanady i Ameryki a reszta to kino europejskie, które ostatnio mi się podoba. Zauważyłam (po obejrzeniu w swoim życiu mnóstwa filmów), że Amerykanie nie grają tak super naturalnie, jak Europejczycy. Zresztą oni w swoich filmach nie pokazują dokładnie wszystkiego, np scen zbrodni. Tak więc, w tym zestawieniu mamy horror, thriller, kryminał i komedie.

„Numer 32”

Hiszpański horror z 2020 roku. Opowiada o rodzinie (rodzice, dziadek i dzieci), która przeprowadza się do nowo zakupionego domu. Nie jest to oczywiście elegancka willa a zapuszczone mieszkanie w kamienicy. Po pewnym czasie zaczynają dziać się dziwne rzeczy i członkowie rodziny podejrzewają, że miejsce może być nawiedzone przez złego ducha. Wiadomo, żyć się w takim miejscu nie da, więc rodzice szukają pomocy. Jest trudno tym bardziej, że wszystkie oszczędności włożyli w zakup nieruchomości. Film nie należy do najstraszniejszych, ale ma fajną fabułę.

„7 dni”

To już zdecydowanie mocniejsze kino. Thriller kanadyjski z kryminałem w tle. W drodze do szkoły zostaje uprowadzona córka głównego bohatera. Policja odnajduje ciało dziecka. Okazuje się, że dziewczynka została zgwałcona i zamordowana. Ojciec- chirurg postanawia się zemścić. Ma dostęp do szpitalnego asortymentu. Porywa mordercę i przetrzymuje go na odludziu. Tam poddaje torturom. Mnie ten film bardzo się podobał. Mogę nawet stwierdzić, że jest dla ludzi o mocnych nerwach, bo jest w nim wszystko dokładnie pokazane. Warto obejrzeć.

„Scoop- gorący temat”

Komedia kryminalna z gwiazdami z pierwszych stron gazet. Opowiada o studentce dziennikarstwa, która szuka ciekawego tematu, który otworzy jej drzwi do kariery. Tym sposobem trafia w sam środek śledztwa nad tajemniczymi morderstwami. W filmie jest trochę magii, miłości, kryminału no i komedii. Nie przypuszczałam, że ten miks będzie tak dobry.

„Żona czy mąż”

Włoska komedia z 2017 roku, w której gra Kasia Smutniak. Mieszkająca na stałe we Włoszech Polka, robi tam naprawdę dobrą karierę. Film jest o małżeństwie, które boryka się z typowymi dla rodzin problemami. Ona jest ambitną prezenterką telewizyjną i ma poprowadzić popularny program. On jest neurochirurgiem, który wynalazł maszynę czytającą w myślach o nazwie „Charlie”. W wyniku eksperymentu obydwoje zamieniają się umysłami. No i zaczyna się cyrk…

„Kobieta na Marsie. Mężczyzna na Wenus”

Francuska komedia z 2008 roku. Tu także główną rolę gra małżeństwo posiadające dzieci, które nie do końca się dogaduje. Chodzi o typowy podział ról w rodzinie. Dlatego postanawiają zamienić się: Hugo zostaje sprzedawcą damskiej biżuterii a Ariane przejmuje kierownictwo w firmie budowlanej. I to trzeba zobaczyć, bo ciekawie sobie radzą z nowymi obowiązkami.

„Ojcowie kontra zięciowie”

To z kolei komedia niemiecka. Mamy trzy rodziny, czyli m.in trzech ojców, którzy mają po córce. Córki związują się z partnerami, którzy nie przypadają do gustu tatusiom. Tłumaczenia, że te związki są bez przyszłości nie pomagają. Córki obstawają przy swoim, bronią miłości. Więc ojcowie postanawiają pozbyć się zięciów, żeby ci nie zniszczyli życia ich córeczkom. Robi się z tego prawdziwa komedia. Film bardzo dobry, śmieszny i zrobiony z amerykańskim rozmachem.

Co dobrego zjeść do seansu? Ostatnio furorę robią grzanki z serem i pomidorkami koktajlowymi. Postanowiłam zrobić to danie, bo wygląda smacznie.

Składniki to: garść pomidorków przekrojonych na pół, obrane ząbki czosnku, okrągły ser (w przepisach podają Camembert, ale ja wzięłam pierwszy lepszy z półki w Lidlu), przyprawy, oliwa z oliwek i kilka listków bazylii. W naczyniu żaroodpornym ułożyłam ponacinany ser, wokoło pomidorki, czosnek i bazylię. Polałam to oliwą z oliwek i doprawiłam mieszanką kolorowego pieprzu i soli. Ser najmniej, bo jest już słony. Piekarnik nagrzałam do 120° i zapiekłam. Gdy wszystko zaczęło bulgotać, ser się lekko stopił a czosnek zmiękł, wyjęłam z piekarnika. Grzanek nie chciało mi się robić, więc jadłam z chlebem. To jest naprawdę pyszne! W domu unosił się przyjemny aromat, nie było czuć zapachu typowego czosnku. Polecam!

Do następnego 🙂

UPOLOWANE W ACTIONIE

Ostatnio widziałam filmiki, na których ludzie pokazują, co ciekawego kupili w Actionie. Zauważyłam, że u mnie w mieście nie ma niektórych produktów, które są w Polsce. I muszę przyznać, że sieć sklepów Action jest tam dobrze wyposażona.

My w Actionie pojawiamy się raz w miesiącu. Zaopatruję się wtedy w wielkie butle żelu pod prysznic Sanex a Pan Mąż w zapas żelu Adidas. Kupujemy też papier toaletowy i ręczniki papierowe, bo są naprawdę porządne. Teraz zawiesiłam oko na szamponach. Kupiłam farbę do włosów, które też mi pasują, bo są mocne i kolor się szybko nie zmywa. Oprócz szamponu wpadło oczywiście kilka innych rzeczy.

Często puszą mi się włosy. Ten szampon jest z keratyną i olejem arganowym, więc powinien nawilżać. Jeszcze go nie używałam. Mam nadzieję, że litrowa butelka nie pójdzie na marne.

Spray utrwalający makijaż. Kiedyś w ogóle nie używałam. Okazuje się, że ma więcej zastosowań. Ostatnio miałam z Bielendy. Teraz kupiłam actionowy i sprawdza się dobrze.

Lubię pudry brązujące. Większość z nich posiada błyszczące drobinki. Tego akurat nie lubię. Nie lubię się aż tak błyszczeć. Idealny puder bez drobinek znalazłam w Kruidvacie. Teraz skusiłam się jeszcze na ten, bo opalam się natryskowo, lato nadchodzi a ten puder jest i do twarzy i do ciała. Więc dekolt można ozłocić. Plusem jest to, że drobinki ma bardzo drobne 🙂

Paletka do brwi, którą używa osoba z rodziny i poleca. Lubię przyciemniać brwi, więc ją wypróbuję.

Używam podkładów matujących, bo mam cerę mieszaną. Do tej pory moim ulubionym był ten z Lirene. Postanowiłam wypróbować actionowy. Kolor naturalny, bo używam samoopalacza. Zobaczymy, czy dobrze matuje.

Kolorem ust niemal nigdy nie maluję. Lubię bezbarwne pomadki. Za najlepsze uważałam te z Lidla, waniliowo- miodowe. Niestety ostatnio ich nie ma. W Actionie zauważyłam aloesowe. Są bardzo dobre. Dobrze nawilżają. Po dwie w opakowaniu, więc mam i ja i Pan Mąż, bo też używa.

Odświeżacze powietrza zawsze kupuję w Actionie. Jest tam naprawdę szeroki wybór. Te o zapachu niebieskiego Menora dają czadu. Pewnie po jakimś czasie nos się przyzwyczai i nie będę czuła, ale w tym momencie czuję zapach niemal w całym domu, bo uruchomiłam wszystkie trzy.

To moje odkrycie i ten spray już chyba że mną zostanie. Używam go w łazience. Starcza na długo, ale jego najlepszą zaletą jest zapach. Bardzo przyjemny i maskuje inne zapachy. Sądzę, że byłby dobry do odświeżenia np starego domu. Wcześniej używałam kwiatowego a teraz kupiłam ten karmelowy. Pachnie pięknie.

Polecam i do następnego 🙂

INSTAGRAM MNIE TROCHĘ WKURZA

Był szał na Facebook. Założyłam go z dużym opóźnieniem, bo nie było mi śpieszno do tego. Potem nadszedł czas na Instagram. Utworzyłam konto z jeszcze większym opóźnieniem. Pamiętam początki, jak to wyglądało i jak jest teraz.

Przede wszystkim, nie zarabiam na Instagramie w żaden sposób. Nie interesuje mnie to i nawet nie umiem tego robić. Nie obserwuję mnóstwa kont. Najmniej interesują mnie celebryci. Owszem, podglądam kilka znanych osób, ale to persony bez parcia na „byle gówno” i które mają coś sensownego do powiedzenia i pokazania. Ja sama nie dążę do tego, aby mnie tysiące osób obserwowało. Coś tam czasem wrzucę, jakiś opis zrobię i tyle. Wolę pisać na blogu. Doszły mnie słuchy, że blogowanie się nie opłaca, że odchodzi do lamusa, bo teraz wszyscy siedzą na Instagramie. Ja nadal wolę prowadzić bloga i czytać inne. Dlaczego? Bo to moja strona i w niej zamieszczam co chcę.

Jest kilka rzeczy, które zaczęły mnie irytować na Instagramie. Powstał on głównie do wrzucania ładnych zdjęć, które by były inspiracją dla innych. I tak, na początku oglądałam i wysyłałam serduszka. Teraz ludzie wrzucają wszystko jak leci, szczególnie celebryci, którzy są wręcz słupami reklamowymi. Chyba nigdy nie kupiłam nic, co reklamuje jakaś celebrytka znana z tego, że jest znana. Ja rozumiem, że one na tym teraz zarabiają, bo takie czasy. Ale nawet nie daję się na to nabrać i nie kupuję. Jeśli ma się profil, gdzie w opisie jest np gotowanie, to tego się powinno trzymać i czasem jakąś prywatę wrzucić. A te wszystkie influencerki niedługo pokażą zawartość muszli klozetowej. Skoro dobrze im idzie nagrywanie filmików, na których płaczą, bo jakaś drama, to co jeszcze pokażą? I te kłótnie i wylewanie wiader pomyj pod zdjęciami w komentarzach… Druga sprawa, to golizna. Ok, wiem, że na Instagramie udzielają się też modelki. Wchodzę w wyszukiwarkę, gdzie automatycznie wyskakują różne zdjęcia z różnych kont. I co widzę? No k…wa co czwarte zdjęcie to wypięta dupa i cycki. Gdzie większość z tych „modelek” jest zmieniona przez operacje plastyczne. To nie ten modeling co kiedyś i mnie naprawdę te kobiety nie interesują. Z filtrami też niektóre przesadzają. Trzecia rzecz, to opisy. Dlaczego takie długie? Zamysł był taki, że główną rolę miały odgrywać zdjęcia. A teraz ludzie dodają litanię różnych informacji, których nie chce się często czytać. Kolejna rzecz, to filmiki. Niektórzy mają profile, gdzie one wręcz królują. Sama mam może z pięć na profilu i nie mam zamiaru wrzucać ich non stop. Od tego jest teraz TikTok. Wolę zerknąć na zdjęcia. Lubię za to oglądać relacje. Krótkie, treściwe, wiadomo o co chodzi 🙂

To takie moje małe narzekanie. Mogę, bo to mój blog 🙂 Na swoim Instagramie w opisie mam książki, miejscówki głównie z Holandii, czasem z Polski plus krótkie opisy. Tyle mi wystarczy. Nie pokazuję wszystkiego, bo to głupie jak dla mnie, mimo że ludzie lubią podglądać, jak żyją inni homo sapiens. Kogo ja obserwuję? M.in dwa- trzy konta dotyczące kulinariów, bo mimo że przy garach stać nie lubię, to zawsze coś tam podejrzę smacznego i pokażę Panu Mężowi (który Ig w ogóle nie posiada). Do tego make-up, bo mnie to interesuje. Uczę się malować. Książki- wiadomo. Ogólnie konta, z których dowiem się coś ciekawego o świecie. Obserwuję też kilku znajomych i mnóstwo dziewczyn, które mieszkają w Holandii i dzielą się kadrami z życia tutaj. Ciekawe profile. To tak w skrócie. Poniżej wrzucam kilka kont, które są dla mnie interesujące:

Ten profil przypomina mi dzieciństwo. Wojtek wrzuca zdjęcia rzeczy, które dobrze pamiętam z dziecięcych lat. Jego bloga również czytam.

Profile związane z książkami są dla mnie bardzo ważne. Dodawane są polecajki z opisami (te opisy są akurat potrzebne 🙂), do tego lubię oglądać zdjęcia księgarń. Obserwuję również mojego ulubionego mistrza horroru, czyli Grahama Mastertona

Profile z ciekawymi miejscówkami w Holandii też mnie interesują. Jest np konto, gdzie można znaleźć fajne domki do wynajęcia nad morzem i nie tylko.

Oprócz stylu kolonialnego podoba mi się też wiktoriański. Na tym profilu można podziwiać architekturę wiktoriańską:

Andrzej rysuje – profil, który w karykaturalny sposób w punkt pokazuje, co się dzieje w Polsce i na świecie:

Holenderskie rowery w pięknej odsłonie:

Faktastyczne, czyli ciekawostki z całego świata:

Nie mogło też zabraknąć tematyki ogrodniczej:

Do następnego 🙂

O KANAPIE I BUSIE

Ostatnio dużo się dzieje. Dzisiaj mieliśmy przedostatni egzamin (trwał około trzech godzin), ale o tym napiszę przy podsumowaniu miesiąca. Przyjechał do nas też mój brat z żoną i…kotem. Tak, mamy kota, ale o tym też innym razem.

Dzisiaj przedstawię historyjkę o tym, jak szukać kanapy, busa do jej przewozu, a na koniec targać ją na przyczepce. Zacznę od tego, że nie mamy całkowicie wykończonych pokojów. Tzn ten najmniejszy nie służy jako pokój dla gości, bo w nim stoi namiot i maszynka do opalania natryskowego. W drugim Pan Mąż ma swoje „zabawki”, czyli regały z modelami. Ale jest tam na tyle sporo miejsca, że łóżko można wstawić. Z tym, że najpierw to łóżko trzeba znaleźć. W tym pomaga Marketplace. Na początku rodzina musiała spać w salonie na rozkładanej kanapie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale nie było wyjścia. Dlatego postanowiłam wziąć się za szukanie jakiejś porządnej rozkładanej kanapy do pokoju. Szukałam w naszej prowincji, żeby nie było daleko. Znalazłam fajny mebel, niemal nowy. Okazało się, że sprzedaje go Polka. Niedaleko Goudy. Miała kilku chętnych, ale raz dwa wpłaciłam zaliczkę. I teraz najgorsze i najważniejsze: transport. Dałam ogłoszenie na Fb, że szukam kogoś z busem. Dostałam namiar i zadzwoniłam. Pan poprosił o adresy, skąd dokąd w smsie. Napisałam. Miał oddzwonić i zero odzewu. Reklamę miał full wypas, w weekendy też mógł przewóz zrobić (to była sobota). I potencjalną klientkę miał w dupie. Szukałam więc dalej. Drugi gość zaśpiewał taką kwotę, że prędzej bym na plecach tę kanapę przytargała. Kolejny w weekend nie pracuje, mimo że w ogłoszeniu było napisane coś innego.

Przypomniała mi się sytuacja, gdy przeprowadzaliśmy się po kupnie domu. Mogliśmy to zrobić tylko w weekend, bo mieliśmy wtedy wolne. Szukałam więc kogoś z busem dostępnym w weekend. Znalazłam i zadzwoniłam. Pan powiedział, że ciężko będzie, bo jest sam, jego współpracownicy w weekendy mają wolne. To po jaką cholerę w ogłoszeniach polecają się też na weekend?! I człowiek dzwoni i znowu dupa. Wreszcie stwierdziłam, że dzwonię do ostatniego i pieprzę to. Wymyślę coś innego, bo uparłam się, że ta kanapa będzie i koniec. Odebrał (sądząc po głosie) starszy pan. Był konkretny i powiedział, że pomoże, ale dopiero wieczorem, około godziny 17:00, bo ma cały bus załadowany sprzętem AGD, który musi rozwieźć. Jeżeli do tej pory sobie poradzę, to prosił o telefon, żeby sobie mógł zaplanować resztę dnia.

Potem wpadłam na pomysł, żeby znaleźć kogoś z hakiem przy aucie i przyczepką. Okazało się, że brat ma hak przy aucie. Zapytałam się więc znajomego, czy zna kogoś z przyczepką. Pytałam się zresztą wszystkich znajomych. Dał mi namiary na wypożyczalnie przyczepek, która znajduje się w moim mieście. Tyle razy koło tego zakładu przejeżdżaliśmy i nawet o tym nie wiedzieliśmy. Można tam też wypożyczyć różne narzędzie np do remontu. Poszło szybko. Wpłaciliśmy zaliczkę i w drogę. Kanapa dotarła bez problemu. Przy okazji odwiedziliśmy bardzo przyjemne miasteczko.

Udało się więc wszystko załatwić, bo dla chcącego nic trudnego. Pan od busa z AGD zadzwonił do mnie, gdy wracaliśmy i zapytał, czy jest nadal potrzebny. Podziękowałam za telefon i powiedziałam, że już załatwione. A my? Podziękowaliśmy już facetom, którzy ogłaszają się z transportem i nic z tego nie wynika. Zakładamy hak do golfa i będziemy sami wszystko wozić gdy nadejdzie taka potrzeba.

Do następnego 🙂

4 CECHY HOLENDRA, KTÓRE DZIWIĄ

Ale tylko na początku, bo potem się do nich człowiek przyzwyczaja. Nawet z czasem zachowujemy się tak jak oni. Ja tak przynajmniej mam.

Cechy charakteru Polaków, wiadomo jakie są. Nowo przybyli do kraju wiatraków często są zdziwieni zachowaniem lokalsów. Znam wiele osób, które się naśmiewają ze stylu bycia i życia Holendrów. I za każdym razem myślę sobie: skoro tak ci się nie podoba, to po co tu jesteś? Wychodzę z założenia, że jeśli żyjesz w jakimś kraju, to powinieneś chociaż spróbować żyć, tak jak tutejsi. Nie mówię o całkowitej zmianie, ale o detalach. Bo przecież wtedy i tobie i reszcie jest lepiej. A Holendrzy potrafią docenić to, że obcokrajowiec próbuje się zasymilować ze społeczeństwem, uczy się języka, pracuje, (a nie pobiera zasiłek dla bezrobotnych).

Skoro mowa o stylu życia Holendra, to mam 4 przykłady, które na początku i mnie zdziwiły, bo w Polsce są rzadko spotykane albo wcale. Tutaj jest to normą, ale w ogóle nie jest czymś złym. Wręcz przeciwnie. Dwie z tych rzeczy przydałyby się w Polsce.

Holendrzy nie tańczą. Za to lubią śpiewać. Niemal na każdej szklarni są głośniki i wali z nich holenderskie radio. Nieco się zdziwiłam, gdy usłyszałam pierwszy raz wydzieranie się Holendrów do wtóru z radiem. Znają dobrze język angielski, więc i znają różne przeboje. Jeśli wpadnie im jakaś piosenka w ucho, to w ogóle się nie przejmują, czy ktoś jest obok, czy mają dobry głos. Po prostu głośno śpiewają i pracują. A muszę przyznać, że głosy mają dobre. Kobiety dźwięczne a mężczyźni donośne. Ja nie śpiewam, bo po pierwsze nie lubię a po drugie mam głos jak świni kaszel. Więc to nie dla mnie. Druga sprawa, to taniec. Będąc nie raz w barze z muzyką na żywo, widziałam stojących i pijących Holendrów. Nikt nie skakał w rytm muzyki. No może niektórzy lekko się bujali. Ogólnie stoi się pod sceną, albo przy stolikach, pije i rozmawia. Mnie pasuje, bo tańczyć też za bardzo nie lubię. Nawet nie umiem 😆

Masz urodziny? Składają gratulacje twoim członkom rodziny. Pamiętam sytuację, gdy miałam urodziny a Gerda – kobieta pracująca z nami na magazynie powiedziała do Pana Męża: „Gefeliciteerd” czyli „Wszystkiego najlepszego” albo „Gratuluję”. Zdziwiliśmy się, bo przecież to solenizantowi się składa życzenia. Otóż nie tylko. Jeśli np czyjeś dziecko ma urodziny, gratuluje się też jego rodzicom i rodzeństwu. Druga sprawa, to ciastko. Pan Mąż kiedyś pracował przy bukszpanie. Na pierwsze śniadanie, oprócz kanapek, wyjął jakieś ciastka i poczęstował szefa. A on zdziwiony pyta, czy mąż ma urodziny. Pan Mąż z kolei też się zdziwił, bo przecież nie trzeba mieć urodzin żeby zjeść ciastko 🙂

Częste pytanie: „Alles goed?” Czyli, czy wszystko dobrze, w porządku. I tu sprawa powinna być jasna: Holender nie oczekuje, on wcale nie chce, żeby mu opowiadać o swoich problemach. Najlepiej odpowiedzieć, że tak, wszystko dobrze. Jak to wygląda w praktyce? Do pracy przychodzi się uśmiechniętym, z nastawieniem zrobienia swojego i wyjściem do domu. Praca, to nie czas na opowieści dziwnej treści i narzekanie na życie, czy marudzenie. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Holendrzy w pracy rozkręcali jakieś dramy. Nawet jeśli coś ich trapi, mają chandry i problemy, czy zły dzień (kto tego nie ma?), to nie pokazują tego po sobie. Robią swoje, uśmiechają się, gadają o pierdołach i wracają do domów. Praca to praca, a nie fotel u psychologa. Tu się nie narzeka na choroby czy złe relacje w rodzinie. Niestety niektórzy Polacy tego nie rozumieją. Tacy zawsze widzą wszystko w czarnych barwach, nic im nie pasuje, mają mnóstwo problemów z dupy wyjętych, wymyślonych chorób i zawsze znajdą kogoś, kogo nie znoszą i muszą się z tym kimś kłócić. Ileż ja się takich sytuacji naoglądałam i nasłuchałam. Głowa mała. Dlatego Holendrzy z grzeczności pytają, czy wszystko dobrze, ale oczekują pozytywnej odpowiedzi, bo czyjeś problemy to nie ich sprawa. Skoro jesteś dorosły – radź sobie.

Nie znają cię, ale pozdrowiają na ulicy. I to jest fajne. Nie raz wychodząc rano z domu, spotykałam obcych ludzi na spacerach z psami, którzy witali mnie, mówiąc po prostu: dzień dobry. Też tak robię. Można powiedzieć też „hoi” albo „hallo”. Spacerując np w parku, można natknąć się na osoby, które pierwszy raz cię widzą (i odwrotnie) i pozdrawiają cię z uśmiechem. W Polsce, jeśli kogoś nie znasz, nie odzywasz się nic. A przecież dobre wychowanie nakazuje np powiedzieć choćby „dzień dobry” wchodząc do windy pełnej obcych ludzi.

W ogródku małe zmiany. Nie ma już choinki. Niestety schła w zastraszającym tempie i trzeba było ją wyciąć. Posiane rośliny powoli wschodzą a tulipany przekwitają. Jaśmin ma małe pączki a agrest owoce.

Do następnego 🙂

MINĄŁ KWIECIEŃ…

Dzisiaj słonecznie w Zuid Holland. Nawet rano się dało wyjść bez kurtki, której potem zapomniałam zabrać z pracy. Dzisiaj też mieliśmy drugi egzamin z języka holenderskiego. I udało mi się nawet powiedzieć coś innego, niż zamierzałam.

Trzeba było opowiedzieć o swojej wymarzonej pracy. Wszystko szło ładnie, pięknie aż dotarłam do niemal końca. Chciałam powiedzieć, że najpierw muszę zrobić odpowiednie kursy, żeby móc wykonywać zawód. Wyszło mi, że muszę zrobić kursy i potem wszystko popsuć 😳 Jakim cudem? Nie wiem, ale musiałam mówić od nowa 😀 Tam, gdzie mieliśmy lekcje, ruszyła produkcja roślin. W tym miesiącu można już kupić np bratki.

Młodziutkie warzywa i zioła też już są. W zeszłym miesiącu były zresztą „drzwi otwarte” wszystkich szklarni wokoło. Ludzie mogli wejść i zobaczyć, jak wygląda praca, co się produkuje itp. Atrakcji dla dzieci też podobno nie zabrakło. W naszej „szkole” stanął nawet taki wiatrak:

W miejscowości obok- Brielle, odbywał się festyn z okazji wyzwolenia miasteczka spod rąk Hiszpanów. Organizuje się taki co roku. Pojechaliśmy z Panem Mężem zobaczyć, co tam się dzieje. Parady i stragany z pamiątkami były około godziny 11:00-12:00. My byliśmy po południu i zastaliśmy mnóstwo ludzi w barach i przed. Holendrzy świętowali z pompą. Jak wygląda taki festyn? Domy ozdobione są siatkami rybackimi i różnymi napisami. Mieszkańcy są przebrani w dawne stroje a piwo leje się strumieniami.

Stragany się zwijały, ale udało mi się kupić wypalany w drewnie statek. Zawisł w salonie.

W mieście zakwitły magnolie. Jest ich tu mnóstwo. To chyba najpopularniejsze drzewo w Hellevoetsluis.

Rzadko zaglądamy do supermarketu Jumbo, ale ostatnio się zdarzyło. Zajrzałam na dział z winami i wzięłam z półki pierwsze lepsze. Okazało się bardzo dobre. Lubię wytrawne wina, takie żeby gębę wykrzywiło. To takie jest. A w Lidlu znalazłam świetny dip pomidorowy do krakersów.

W kwietniu był też oczywiście Dzień Króla, czyli najważniejsze święto w Holandii z licznymi paradami i koncertami. Mnóstwo osób ma wolne od pracy. My pracowaliśmy do 12:00. W naszym mieście odbywa się co roku pchli targ. Zresztą w wielu miejscowościach takie są i wtedy handlują nawet dzieci. W tym roku dzieciaków było mnóstwo i w większości można było kupić zabawki. Nic ciekawego nie znaleźliśmy, więc poszliśmy na pizzę.

W parkach pojawiło się ptactwo z młodymi:

Rozmrożone, uzbierane wcześniej grzyby w Polsce przydały się wreszcie na sos, który chodził mi po głowie od dawna. Wyszedł pyszny.

Do następnego 🙂

W WARZYWNIAKU

Nie jest to dosłownie taki typowy sklep z warzywami, jakich mnóstwo w Polsce. Jest to sklep turecki. Ostatnio został nawet przebudowany i powiększony. Chodzimy tam często po owoce i warzywa.

W środku znajduje się standardowo kebab, ale ja tego nie jem, bo po prostu nie lubię. Oprócz tego są regały z dużym wyborem tureckiego pieczywa i innych produktów: od ryżu, przez marynowane papryki, słodycze, po sery. Tam zaopatruję się w zieloną herbatę, bo lepszej nie piłam. Na zewnątrz pod parasolami znajdziemy szeroki wybór warzyw: rzepy, buraki, paprykę czy kiełki i owoców: arbuzy, melony, truskawki. Zioła też są i przyprawy. Lubię ten sklep.

A teraz do rzeczy. Chodzi o ceny. Gdy dzwonię do Polski, to często słyszę narzekanie, że wszystko podrożało. I ilekroć mówię, że w Holandii też zrobiło się drożej, to zero reakcji. Tak jakby tylko w Polsce ceny podskoczyły. Otóż nie tylko. Ostatnio z ciekawości weszłam na stronę internetową (popularną do kupna mieszkań). Do wynajęcia domy i mieszkania też są. Gały wywaliłam, gdy zobaczyłam o ile podniosły się czynsze. Gdy my wynajmowaliśmy mieszkanie, płaciliśmy prawie 800€ / miesiąc + opłaty typu gaz i woda. Teraz w naszej okolicy za mniej niż tysiąc, nic się nie znajdzie. Taniej jest (o dziwo) w Rotterdamie. Gaz i benzyna też w górę. No i wiele produktów spożywczych jest droższych. Szkoda, że nie trzymałam paragonów, bo teraz bym porównała zakupy z Lidla. Ostatnio musieliśmy podskoczyć właśnie do „Turka”, bo brakło warzyw na zupę. Zazwyczaj kupujemy to samo, czasem coś więcej. Przed podwyżkami cen płaciliśmy za zakupy zazwyczaj około 19€.

Na paragonie nie ma niestety wydrukowanych nazw produktów. Jest wyszczególniona cena za sztukę lub kilogram i cena, którą zapłaciłam. Co kupiliśmy: jajka- 30 sztuk, akurat były w promocji, bo kosztowały 3€

Marchewka była nieco przywiędła, ale trzeba było wziąć. Do tego, jak zwykle 2 pory, rzodkiewka, natka, papryką i cytryny.

Do koszyka trafił też seler i dwa kalafiory i pamiętam, że one w sumie kosztowały 6€. Dorzuciłam też 4 tureckie wafelki, które okazały się pyszne. Dwa kokosowe (niezbyt słodkie, jak polska Princessa) i dwa orzechowe, w smaku podobne do Prince Polo.

Nasze zakupy zazwyczaj wyglądają bardzo podobnie. Wcześniej, zamiast wafelków brałam np winogrona lub mandarynki. Zdarzała się połówka arbuza. Warzywa niemal cały czas te same. I zauważyliśmy, że teraz płacimy trochę więcej. Nie jest to może ogromną suma, jak na holenderskie zarobki, ale różnicę widać. Jak już wspomniałam: wcześniej było około 19€ a teraz:

Mam pomysł, żeby zrobić wpis o cenach popularnych warzyw i owoców. Chcę pokazać, jak to teraz tu wygląda i można porównać do tych w Polsce.

Do następnego 🙂